OSUCHÓW - TO BYŁA RUINA

Gdy dziś jadę do Osuchowa, widzę ganek, kolumny i zaraz mi się wydaje, że nadjedzie jakiś powóz, a z budynku wyjdzie ktoś w liberii - wyznaje Jerzy Chodorowski, dyrektor II Oddziału ZUS w Warszawie, który w 1982 r. przejmował, w imieniu ZUS, osuchowski pałac i park.

 
Był Pan jedną z pierwszych osób w ZUS-ie, które zobaczyły zespół pałacowo-parkowy w Osuchowie. Proszę powiedzieć, jak to było?

W czasie, gdy zespół pałacowo-parkowy w Osuchowie był przejmowany przez ZUS, pełniłem funkcję dyrektora Zarządu Administracji, a następnie - dyrektora Zarządu Inwestycji i Administracji. Byłem zatem tą osobą, której Osuchów został przypisany automatycznie. Jako dyrektor odpowiedzialny za gospodarkę lokalami pojechałem z ówczesnym prezesem ZUS-u na pierwszą wycieczkę do dawnej posiadłości rodziny Platerów.

Ówczesnym prezesem, czyli.?

Czyli panem Henrykiem Białczyńskim, notabene jedynym prezesem ZUS, który łączył tę funkcję z funkcją podsekretarza stanu w ministerstwie pracy, płac i spraw socjalnych. Prezes Białczyński chciał wyprowadzić ZUS z lokalowego i sprzętowego zaścianka, stworzyć instytucję nowoczesną, otwartą. Wielką uwagę przywiązywał do szkolenia pracowników, a do tego potrzebne były ośrodki szkoleniowe. Niestety, przy ówczesnych ograniczeniach budowa takich ośrodków była niemożliwa. Nakłady inwestycyjne i środki finansowe były ściśle limitowane. Komisja Planowania przy Radzie Ministrów centralnie decydowała o tym, co można budować, po co i za ile, wskazując za każdym razem konkretnych wykonawców. Jedynym wyjściem z sytuacji było przekształcanie już istniejących budynków w ośrodki szkoleniowe i wykorzystanie do tego celu pieniędzy przeznaczonych na remonty.

Gdzie szukano takich budynków?

Rozpoczęła się wręcz cała akcja poszukiwania opuszczonych i zapomnianych pałacyków, czy dworków w ówczesnych województwach: bielskim, krakowskim, koszalińskim. Szukaliśmy ich także na Dolnym Śląsku. W większości były to walące się budynki, wręcz ruiny. Ze wszystkich obiektów, jakie nam oferowano, ten w Osuchowie był najlepszy. Przede wszystkim ze względu na swoje położenie - w samym centrum Polski, z dobrym dojazdem ze wszystkich stron - i ze Szczecina, i z Rzeszowa.

Jak ostatecznie doszło do przekazania pałacu w Osuchowie ZUS-owi?

W 1982 r. minister kultury i sztuki zaproponował Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, by ta przekazała nam wolno stojący pałacyk wraz z parkiem niedaleko Warszawy, koło Mszczonowa. Prezes nie powiedział ani tak, ani nie. Powiedział, że pojedziemy i zobaczymy. Wziął mnie jako dyrektora, który wtedy bardzo ściśle z nim współpracował, i razem, wczesną jesienią 1982 r., pojechaliśmy do Osuchowa.

Jak wtedy wyglądało to miejsce?

Zarośla, gęstwina kłębiących się, bardzo ostrych krzaków, zdziczały park - oto, co zobaczyliśmy na wstępie. Tajemnicze rośliny były tak ostre i raniące, że musiałem kurtką zasłaniać twarz, a w drodze powrotnej kupić gencjanę, by opatrzyć zadrapania. Park robił przygnębiające wrażenie. Zresztą to nie był park, to były chaszcze. Teren był niezwykle zapuszczony. Sam pałac nie miał dachu ani stropów. Ściany wewnętrzne były porozbierane - zachowały się jedynie te zewnętrzne, dzięki którym budynek się nie zawalił. Wewnątrz budynku unosił się nieprzyjemny zapach, zalegała woda. Za pałacem znajdowały się ruiny pałacowej kuchni, a przed nimi ruiny stajni.
Nie byłem w euforii. Miałem świadomość, co nas czeka. Zresztą później ta długa droga odbudowy, remontów potwierdziła moje obawy.

 
Czy zachowało się jakieś oryginalne wyposażenie pałacu?

Na podłodze leżały szczątki dekoracyjnych kafli, i to było wszystko. Nie zachował się żaden sprzęt, ani jedna pamiątka, nawet kawałeczek drewna. To dopiero w latach 90. ówczesnemu dyrektorowi ośrodka udało się odzyskać z okolicznych wsi parę mebli po hrabiach Platerach. Mimo tej upiorności pałac miał jednak klasę. Te kolumny, duże pokoje. To budziło respekt. Pamiętam, jak w drodze powrotnej do domu pomyślałem sobie, że zobaczyłem kawał historii Mazowsza. Gdy dziś jadę do Osuchowa, widzę ganek, kolumny i zaraz mi się wydaje, że nadjedzie jakiś powóz, a z pałacu wyjdzie ktoś w liberii. Czuję się u siebie, w Polsce!

Projekt renowacji był gotowy od razu, czy zaczęto o nim myśleć dopiero po przejęciu obiektu?

Poprzedni właściciel udostępnił nam jakieś projekty, ale one zupełnie nie pasowały do naszych potrzeb. Proszę pamiętać, że pierwotnie pałac miał być ośrodkiem rządowym, miał służyć Radzie Ministrów. Przewidywano więc inwestycję na wielką skalę. Projekt Komisji Planowania uwzględniał lądowisko dla helikopterów, podjazdy, stróżówki, blokady w pałacu. Nam to nie było potrzebne. Chcieliśmy, aby obiekt służył jako ośrodek szkoleniowy.

A więc jednak nowy projekt?

Tak. Ówczesny prezes ZUS-u odstąpił od planów poprzedniego właściciela i zlecił opracowanie nowego projektu. Zanim projekt został zatwierdzony, musieliśmy wielokrotnie konsultować go z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków w Skierniewicach i z Pracownią Konserwacji Zabytków w Warszawie. Sztukateria, gzymsy, fronton, kolumnada, taras - to wszystko musiało zostać odrestaurowane zgodnie z planami budowy z XIX w.
Pierwsze zabiegi konserwatorskie polegały na ogrodzeniu kompleksu i wykonaniu prac zabezpieczających pałac przed zalaniem wodą i pękaniem ścian. W trakcie tych pierwszych prac projekt był poprawiany. Na przykład w pierwszej wersji przewidywaliśmy, że w pałacu będzie więcej miejsc noclegowych, ale kosztem toalet i łazienek. Na szczęście ten pomysł został odrzucony, i dobrze się stało.

Pracownicy ZUS-u także pomagali w odbudowie ośrodka. Jaki był ich wkład?

Polem do popisu dla pracowników był park. Żeby przejść do fachowej pielęgnacji, trzeba było najpierw uporządkować teren. I to właśnie robiliśmy my - pracownicy Centrali i warszawskich oddziałów ZUS-u. W dni wolne od pracy autokarami wyjeżdżało się do Osuchowa na cały dzień i pracowało. Prace polegały na karczowaniu terenu, utwardzaniu podłoża, wywożeniu śmieci. Jeździło się na ochotnika, w miłym towarzystwie. Bardzo mile to wspominam.

Te wyjazdy zapewne bardzo integrowały pracowników?

Tak. Wszyscy chcieliśmy mieć taki ośrodek. Wiedzieliśmy przecież, że szykujemy go także dla siebie. Do dziś każdy może tam spędzić weekend z rodziną. Oczywiście byli i przeciwnicy tego pomysłu. Z perspektywy czasu myślę jednak, że dyskusje, jakie wywołała restauracja pałacu, także były elementem integrującym pracowników.

Remont ośrodka trwał ponad 10 lat. Dlaczego tak długo?

A może raczej dlaczego tak krótko? To były lata 1982-1992. Remont ośrodka przeprowadzano w ramach działalności remontowej, choć powinien być on podciągnięty pod wydatki na inwestycje. Rok 1990 wprawdzie wiele zmienił - ZUS został doinwestowany, ale wciąż brakowało materiałów. Wtedy były one reglamentowane centralnie, a obiekt w Osuchowie wymagał przecież szczególnych materiałów. Był na przykład ogromny kłopot z cementem i gdyby nie pomoc ówczesnego oddziału w Chełmie, pewnie wszystko by stanęło. Wykonawców musieliśmy szukać sami, a każdy szczegół przebudowy trzeba było uzgadniać i konsultować z konserwatorem zabytków. Oto, dlaczego z perspektywy obserwatora to tak długo trwało.

 
Czy pamięta Pan dzień otwarcia ośrodka i pierwsze szkolenia?

Udostępnienie Osuchowa dla celów szkoleniowych odbyło się bez żadnej pompy. Obiekty były oddawane do użytku sukcesywnie. Ten proces trwał dość długo. Były kłopoty z ogrzewaniem, dlatego nie dokonywano oficjalnego otwarcia, takiego z przecięciem wstęgi. Po prostu pewnego dnia odpowiednia komórka organizacyjna w Centrali zaprosiła grupę pracowników na szkolenie. i tak ośrodek zaczął działać. Prace wykończeniowe ciągle jednak trwały.
Pamiętam, że bardzo martwiliśmy się o to, czym będziemy dojeżdżać do Osuchowa. Staraliśmy się o zakup autobusów. Szczególnie zdeterminowany w tych staraniach był ówczesny prezes ZUS Lech Milewicz. Koniec końców udało się. Jeden duży wydatek zminimalizował późniejsze wydatki na korzystanie z usług firm przewozowych.

Jak Pan ocenia dzisiejszy stan zespołu pałacowo-parkowego w Osuchowie?

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony ostatecznym efektem odbudowy ośrodka, bo wciąż mam w pamięci rok 1982. Gdy zaczynaliśmy remont, byłem o 24 lat młodszy, pełen zapału i optymizmu, ale nie spodziewałem się, że tak diametralnie uda nam się zmienić zdewastowany i skazany na zapomnienie mazowiecki dworek i park. Dziś z każdym rokiem pałac i park stają się piękniejsze i naprawdę żyją. Obiekt nabrał pewnej patyny, stał się dostojny. Zresztą nie można się temu dziwić, ponieważ wszyscy prezesi ZUS-u, poza jednym, który chciał sprzedać posiadłość Japończykom, doceniali wagę ośrodka i bardzo o niego dbali. Poza tym wszystkie osoby kierujące ośrodkiem wykazują się ogromną dbałością o ten zabytek kultury. W tym kontekście nie dziwi fakt, że ZUS otrzymał dwie nagrody ministra kultury za użytkowanie tego kompleksu - w roku 1995 i 1997.

Co Pan czuje, gdy media wypominają nam zbytki i luksusy, jako przykład podając właśnie Osuchów?

Bardzo mnie to boli i dziwi, że nikt nie chce napisać, że to właśnie ZUS uchronił od zapomnienia piękny zabytek, a przy okazji i piękny park. Każdy widzi odrestaurowany, pięknie ogrodzony pałac i Bóg wie, co sobie wyobraża. Osobiście drażni mnie takie podejście, bo obiekt, przystosowany do bardzo konkretnego użytkowania, powinien budzić raczej sympatię, podziw i szacunek. Mało kto wie, że ZUS do dzisiaj opiekuje się grobami Platerów na lokalnym cmentarzu. Grobami, które zostały odrestaurowane wraz z całym zespołem pałacowo-parkowym i które bez tej interwencji najprawdopodobniej zupełnie by się zapadły. Jestem dumny, że ZUS ma też wkład w ratowanie naszego dziedzictwa kultury materialnej. Cieszę się, że byłem i nadal jestem uczestnikiem tych wydarzeń.

Rozmawiała Lidia Jakubiec

 

Redakcja: Rzecznik Prasowy ZUS