ZŁY CZAS, PRAWI LUDZIE - ZAKŁAD UBEZPIECZEŃ SPOŁECZNYCH PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ

Każdy dzień pracy w ZUS to sprawdzian wiedzy, kompetencji i zaangażowania. Ale był okres w historii, gdy pracownicy Zakładu musieli wykazać się dodatkowo patriotyzmem, ofiarnością i odwagą. I nie zawiedli, zdali ten egzamin celująco.

Utworzony na mocy rozporządzenia Prezydenta RP z 1934 r., Zakład Ubezpieczeń Społecznych był w chwili wybuchu II wojny światowej jedną z najnowocześniejszych i najszybciej rozwijających się firm ubezpieczeniowych w Europie. Dysponował też pokaźnym majątkiem: wartość zarządzanych przez ZUS funduszy ubezpieczeniowych sięgała 1,5 mld zł.

Wybuch wojny 1 września 1939 r. dla pracowników Zakładu był – podobnie jak dla wszystkich Polaków – prawdziwym ciosem, ale nie do końca zaskoczeniem. Władze Zakładu, przewidując czarny scenariusz wydarzeń, już w sierpniu 1939 r. opracowały tajne plany ewakuacji ludzi i majątku z Centrali w bezpieczniejsze miejsce. 3 września wyruszył z Warszawy w kierunku Lublina pierwszy transport, zawierający część papierów wartościowych. Niestety, 17 września, w Łucku przejęła go Armia Czerwona. Drugi transport został spalony, natomiast trzeci (największy) zdołał dotrzeć do granicy i przez Rumunię trafił do Budapesztu. Tam został zdeponowany w Węgierskim Banku Narodowym (kierujący tą akcją Kazimierz Korniłowicz zginął po drodze w nalocie bombowym). W nocy z 4 na 5 września do Centrali ZUS dotarł rozkaz ewakuacji. Z Warszawy wyjechało całe kierownictwo Zakładu i spora część pracowników. Na miejscu pozostawiono tylko kilkunastoosobowy zespół, utworzony "na wypadek czasowego zajęcia terenu przez nieprzyjaciela".

Przykrywka konspiracji

Po klęsce wrześniowej ZUS wznowił pracę, ale jego działalność ograniczona została tylko do obszaru Generalnego Gubernatorstwa. Zmienione zostały też – na niemieckie – przepisy regulujące funkcjonowanie systemu ubezpieczeniowego. 7 marca 1940 roku weszło w życie rozporządzenie Gubernatora powodujące natychmiastowe wygaszenie roszczeń do wszystkich świadczeń ubezpieczeniowych, bez względu na czas powstania prawa do nich. Równocześnie rezerwy pieniężne ZUS zostały zamrożone w bankach, a zrujnowane ubezpieczalnie wstrzymały wpłaty.

Nowy (niemiecki) zarząd ZUS, próbując ratować sytuację zdecydował się szukać pożyczkodawcy. Po wyjątkowo trudnych, trwających kilka tygodni pertraktacjach, pożyczki w wysokości 7 000 000 zł udzieliła Niemiecka Kasa Kredytowa. Jednak warunków tego kredytu na pewno nie można nazwać korzystnymi. Dość powiedzieć, że Zakład zmuszony był zastawić 90 proc. swoich nieruchomości w Warszawie.

Tej decyzji, umożliwiającej de facto dalsze funkcjonowanie polskiej ubezpieczalni, prawdopodobnie tysiące osób zawdzięczają życie. Działając jako legalnie tolerowana instytucja, ZUS stał się jedynym ośrodkiem pomocy dla umęczonego okupacją polskiego społeczeństwa a także ważnym elementem wspierania działalności nielegalnego Państwa Podziemnego.

Pracownicy ZUS powszechnie wystawiali fikcyjne zaświadczenia o zatrudnieniu, co umożliwiało prowadzenie działalności konspiracyjnej. Ci, którzy nie brali udziału w ruchu oporu mogli liczyć na renty i zapomogi, przyznawane często z dużą wyrozumiałością, a nawet z pominięciem obowiązujących przepisów. W 1943 r., mimo poważnych ograniczeń, świadczenia pobierało 105 tys. osób. Wielu ludzi ratowało to przed pracami przymusowymi, które niejednokrotnie były równoznaczne z wyrokiem śmierci. Dla setek rodzin niewielkie zapomogi bywały często jedynym źródłem utrzymania.

W tych ekstremalnie trudnych warunkach ZUS starał się nie zapominać o zdrowiu swoich świadczeniobiorców. Uruchomiono w tym celu m.in. własne sanatoria przeciwreumatyczne w Busku oraz przeciwgruźlicze w Skotnikach i Radziszowie. Z turnusów rehabilitacyjnych w tych ośrodkach skorzystało w ciągu trzech lat blisko 2 tys. osób.

Oświęcim za rentę

Zakres pomocy udzielanej przez pracowników ZUS oraz innych instytucji ubezpieczeniowych różnił się w zależności od terytorium. Najgorsze warunki panowały na obszarach wcielonych bezpośrednio do Rzeszy. Jak zanotował Władysław Rusiński:

Pomoc taka była szczególnie utrudniona lub niekiedy zupełnie uniemożliwiona na Pomorzu i Górnym Śląsku, gdzie niemal każdy z Polaków pracujących w ubezpieczalni miał za plecami "swojego" Niemca, który go pilnował.

Władze wykorzystywały trudne położenie świadczeniobiorców do nacisków politycznych. Cytowany już W. Rusiński zebrał szereg świadectw tego faktu, oto niektóre z nich:

Do Chodzieży odnosi się następująca wzmianka: "Renty dla Polaków nie wypłacano. Ktokolwiek chciał rentę, musiał najpierw stać się Niemcem". Na terenach zachodnich poza Wielkopolską sprawy układały się podobnie. Zarówno na Pomorzu, jak i w Zagłębiu sprawy rent wykorzystywano dla celów germanizacyjnych: […] "Niemcy renty nie wypłacali, jedynie raz wypłacili mi 28 marek w formie zapomogi. Zaproponowali mi przyjęcie Volkslisty, to dostanę pełną rentę inwalidzką, na co się nie zgodziłem".

W Generalnej Guberni było nieco łatwiej, choć i tak polscy lekarze zatrudnieni w ZUS, wystawiający fikcyjne zaświadczenia, narażali się na ogromne niebezpieczeństwo.

Niemcy czasem kontrolowali świadczeniobiorców. Wzywali taką osobę na przesłuchanie i drobiazgowo sprawdzali jej stan zdrowia. Jeśli uznali, że coś im się nie zgadza z kartą chorego, wysyłali do obozu koncentracyjnego zarówno jego samego, jak i lekarza, który tę kartę podpisał.

Rola nocnego palacza

Mimo świadomości przerażających konsekwencji, ZUS-owcy nie tracili zapału ani inwencji. Ciekawą inicjatywę podjęli pracownicy działu obsługi administracyjnej Centrali w Warszawie.

W związku z tym, że Zakład nawet w czasie wojny dysponował własnymi nieruchomościami, w tym budynkami mieszkalnymi, część z tych obiektów, pod przymusem, trzeba było udostępnić niemieckim lokatorom (w Warszawie przekazano Niemcom bloki przy ulicy Belwederskiej oraz dom przy ulicy Wilanowskiej 4). Niemcy nie zajęli jednak wszystkich mieszkań, a administrowanie budynkami także pozostawiono Polakom.

Ze względu na ograniczenia wojenne, już od 1940 r. hitlerowcy wprowadzili normy zużycia opału. I tak w domach zamieszkałych przez Niemców temperatura w zimie miała oscylować wokół 18°C. Dla polskich domów przewidziano normę, zgodnie z którą temperatura w pokojach powinna zabezpieczać… wodę przed zamarzaniem w rurach kanalizacyjnych. Takie warunki oczywiście zagrażały życiu i zdrowiu osób starszych, dzieci i chorych. Wobec tego, nie bacząc na konsekwencje, administratorzy z ZUS omijali te zarządzenia i zapewniali jednakowe ciepło wszystkim lokatorom, bez dzielenia ich na Polaków i Niemców (których nazywano w warszawskim żargonie "sezonowymi lokatorami").

Na prośbę Armii Krajowej, Zakład celowo rozbudowywał swoje służby administracyjno-techniczne. Władze okupacyjne zgadzały się na to, pozostając w przekonaniu, że wymagania niemieckich lokatorów są bardzo duże a warunki pracy bardzo ciężkie. Zatrudniono zatem "po cichu" specjalnych inkasentów czynszów, konserwatorów, dozorców placów i magazynów, palaczy stałych, sezonowych i nocnych. Co ciekawe na stanowiskach palaczy nocnych zatrudniani byli przeważnie inteligenci i żołnierze Armii Krajowej. W ten sposób nie tylko zarabiali pieniądze, ale także zyskiwali bardzo potrzebne zaświadczenie o zatrudnieniu, a w dzień mieli czas na prowadzenie działalności konspiracyjnej.

Prawdziwą gimnastyką dla ZUS-owskich rachmistrzów było rozliczenie tych wydatków, albowiem nadmiernie wysokie koszty mogły zwrócić uwagę okupanta i niemieckiego kierownictwa Zakładu. Skutecznym rozwiązaniem okazało się księgowanie części wydatków jako strat wojennych. Niemcy zorientowali się, że "coś nie gra" dopiero pod koniec wojny i na reakcję nie mieli już czasu.

Godny odnotowania jest również fakt, iż wkrótce po wybuchu wojny pracownicy ZUS zorganizowali samopomoc. Zawiązano Komitet Pomocy, który wspierał rodziny aresztowanych i zamordowanych. Środki na ten cel pochodziły z dobrowolnych i powszechnych składek pracowników.

Pamiętajmy

W czasie wojny, w samej tylko Warszawie, Zakład Ubezpieczeń Społecznych stracił około 800 lokali mieszkalnych i handlowo-biurowych o około 2500 izbach. Gmach Zakładu przy ulicy Czerniakowskiej 231 pod koniec Powstania Warszawskiego został doszczętnie spalony. Zrujnowane zostały też m.in. gmachy i domy przy ul. Senatorskiej, Długiej, Wareckiej, Szopena i Marszałkowskiej.

Uciekając przed zbliżającą się Armią Czerwoną, Niemcy przenieśli Centralę ZUS do Krakowa. Wyjeżdżając zabierali ze sobą co popadnie. Szczególnie upodobali sobie sprzęt medyczny, zwłaszcza mikroskopy i aparaty Rentgena. Na kilka dni przed opuszczeniem Krakowa niemieckie kierownictwo Zakładu próbowało wywieźć także maszyny do pisania i liczenia, ale polski personel już na to nie pozwolił.

Straty materialne były duże, ale o wiele bardziej bolała utrata znakomitych fachowców i kolegów. Nikt dotychczas dokładnie nie zliczył ilu wspaniałych ZUS-owców zostało zamordowanych z bronią w ręku, w katowniach gestapo, lub w obozach koncentracyjnych. Pracownicy ZUS masowo ginęli przecież podczas Powstania Warszawskiego i w obozach w Auschwitz, Gross-Rosen albo Ravensbrück. Część z tych, którzy przeżyli trafiło później na przymusowe roboty do Rzeszy.

Bohaterowie z ZUS w większości pozostają dziś anonimowi. Z braku dokumentów i świadków nie sposób odtworzyć już nazwisk, zdarzeń i szczegółów historii tego mrocznego okresu.

Łukasz Tomasz Sroka

Przy pisaniu artykułu korzystałem m.in. z:

  1. T. Bober Sytuacja finansowo- majątkowa ubezpieczeń społecznych w okresie okupacji [w:] "Studia i Materiały z Historii Ubezpieczeń Społecznych w Polsce", zeszyt 4, Warszawa 1986, s. 111-156.
  2. K. Kąkol Ubezpieczenia społeczne w Polsce. Łódź 1950.
  3. W. Muszalski Ubezpieczenia społeczne. Zarys ogólny. Część I. Warszawa 1984
  4. W. Rusiński Ubezpieczenia społeczne pod okupacją w świetle wypowiedzi robotników polskich ("obszary wcielone" i Rzesza) [w:] "Studia i Materiały z Historii Ubezpieczeń Społecznych w Polsce", zeszyt 1, Warszawa 1983, s. 63-98.
  5. O. Rzegotka, Ł. T. Sroka 70 lat Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (1934-2004). Warszawa 2004.
  6. Zasoby własne (dokumentacja) Oddziału ZUS w Krakowie.